Wciśnij ESC, aby powrócić

To, co ktoś poczuł, nie zawsze jest naszą winą

Są takie rozmowy, po których człowiek jeszcze długo siedzi w ciszy i właściwie nie wie, co ze sobą zrobić. Niby nikt się nie pokłócił. Niby wszystko odbyło się spokojnie. Niby padły po prostu szczere słowa. A mimo to po wszystkim coś w Tobie siada i przez chwilę trudno wrócić do siebie.

Ja miałam właśnie taką rozmowę.

Z przyjaciółką. O wspólnym graniu, o ludziach, o atmosferze, o tym, że nie czuje się akceptowana przez grupę osób, z którymi spędzamy czas online. O tym, że w różnych sytuacjach czuła się pominięta, źle odebrana, trochę obok. I że część z tych sytuacji, które w niej narastały, była też związana ze mną.

To nie była łatwa rozmowa. Chyba też dlatego, że początkowo wcale nie chciała ze mną o tym rozmawiać. I to akurat zabolało mnie bardzo mocno. Nie tylko sam temat, ale też to, że coś w niej siedziało, a ja przez jakiś czas nic o tym nie wiedziałam. Jako przyjaciółka poczułam się tym dotknięta. Miałam takie wewnętrzne: dlaczego nie przyszłaś z tym do mnie wcześniej, skoro to było dla Ciebie ważne?

A kiedy już przyszła, zrobiło się jeszcze trudniej.

Bo nagle usłyszałam, że część rzeczy, które dla mnie były zwykłe, błahe albo wręcz niezauważalne, dla niej miała zupełnie inny ciężar. Że jakieś sytuacje, słowa, drobiazgi zostały odebrane inaczej, niż ja bym się tego spodziewała. Że to, co dla mnie było czymś przelotnym, dla niej mogło być kolejnym ziarnem frustracji, zazdrości, poczucia wykluczenia. Czymś, co z czasem przelało czarę goryczy.

I to był moment, w którym bardzo mocno wzięłam wszystko do siebie.

Zaczęłam płakać. I nie mówię tu o krótkim wzruszeniu czy trudnym wieczorze. Przepłakałam prawie dobę. Miałam wrażenie, że to wszystko moja wina. Że coś przeoczyłam. Że zawiodłam. Że skoro druga osoba poczuła się przeze mnie źle, to znaczy, że ja zrobiłam coś naprawdę złego. W tamtym momencie nie umiałam oddzielić jednego od drugiego. Jej emocji od mojej odpowiedzialności. Jej przeżycia od mojej winy. To wszystko zlało mi się w jedno.

Dopiero później, kiedy emocje trochę opadły, zaczęłam to sobie powoli układać.

Doszłam do czegoś, co dziś wydaje mi się bardzo ważne, choć wcale nie przyszło mi łatwo. Czyjeś uczucia są ważne. Jeśli ktoś mówi mi, że było mu przykro, że poczuł się źle, niezręcznie, gorzej, to nie chcę tego umniejszać ani zbywać. To, że coś było dla mnie małe, nie znaczy, że dla drugiej osoby też takie było.

Ale jednocześnie to, że ktoś coś poczuł, nie oznacza automatycznie, że cała wina jest po mojej stronie.

I ta „objawienie” niesamowicie dużo mi ułożyło i pomogło się pozbierać.

Bo wcześniej działałam bardzo prostym schematem: skoro ktoś cierpi przez sytuację, w której brałam udział, to znaczy, że zawiniłam. Skoro ktoś poczuł się odrzucony, to znaczy, że go odrzuciłam. Skoro coś zabolało, to znaczy, że musiałam zrobić coś nie tak.

Tylko że relacje rzadko są aż tak proste.

Ludzie wnoszą do różnych sytuacji swoje doświadczenia, swoje lęki, swoje nadwrażliwości, swoje wcześniejsze historie. Czasem zazdrość. Czasem poczucie, że jest się mniej ważnym. Czasem zmęczenie, które sprawia, że wszystko odbiera się mocniej. Innym razem zaburzone hormony, które utrudniają stabilność emocjonalną. I to nie jest zarzut. To po prostu ludzka rzecz. Każdy z nas patrzy na świat przez jakiś własny filtr.

Ja też.

I najważniejsze w tym wszystkim jest to, żeby umieć ze sobą rozmawiać. Żeby nie zakładać od razu, że skoro ktoś poczuł się źle, to ktoś drugi musi być winny wszystkiego. I żeby umieć rozróżnić, co faktycznie się wydarzyło, a co było już czyjąś interpretacją, dopisaną przez emocje, wcześniejsze doświadczenia czy zwykły gorszy moment.

Dla mnie to też było trudne, bo mam w sobie taki odruch, że kiedy komuś jest przeze mnie przykro, to od razu biorę to bardzo mocno do siebie. Jakby sam fakt, że ktoś coś poczuł, był dowodem na to, że zawiodłam. A przecież to nie zawsze tak działa.

Mogę mieć w czymś swój udział. Mogę czegoś nie zauważyć. Mogę niechcący kogoś dotknąć. Mogę nawet za coś przeprosić i wyciągnąć z tego wnioski. Ale nie mogę brać na siebie całego ciężaru każdej cudzej interpretacji, każdego niedopowiedzenia i każdej emocji, która pojawiła się po drugiej stronie. Bo wtedy w relacji przestaję być człowiekiem, a zaczynam być kimś, kto bez końca analizuje, czy przypadkiem znowu nie zrobił czegoś nie tak. A potem okazuje się, że noszę w sobie cudze reakcje dłużej, niż one same czasem trwają. I biorę do serca coś, na co nie miałam pełnego wpływu.

A tak się po prostu nie da żyć.

Myślę, że to było dla mnie najważniejsze w całej tej sytuacji. Nie to, żeby uznać, że nic mnie nie obchodzi. Nie to, żeby odciąć się od cudzych emocji i powiedzieć: to nie mój problem. Tylko raczej to, żeby nauczyć się rozróżniać.

Widzieć czyjś ból, ale nie robić z niego od razu własnego wyroku. Usłyszeć, że ktoś poczuł się źle, ale nie rozpadać się od razu na kawałki. Zastanowić się nad swoim zachowaniem, ale nie obwiniać się automatycznie za wszystko.

To chyba właśnie tego się uczę. Że można być empatyczną, uważną i czułą na innych, a jednocześnie nie dźwigać całego świata emocjonalnego za wszystkich dookoła. Że można przyjąć czyjeś uczucia poważnie, nie biorąc ich w całości na swoje barki.

I że to, co ktoś poczuł w sytuacji ze mną, nie zawsze jest wprost O MNIE.

Po tej rozmowie nadal było mi trudno. Nadal było mi przykro. Nadal miałam w sobie dużo smutku i dużo myśli. Ale nie chcę już karać samej siebie za to, że nie mam wpływu na każdą interpretację, każdą emocję i każdy filtr, przez który druga osoba patrzy na świat.

I chyba właśnie dlatego pojawił się ciąg dalszy tej rozmowy. Już spokojniejszy. Bardziej świadomy po obu stronach. Udało nam się doprecyzować, co właściwie się wydarzyło, kto co miał na myśli i gdzie pojawiły się nadinterpretacje. Dla mnie to było też duże odciążenie, bo okazało się, że część rzeczy naprawdę nie wyglądała tak, jak wcześniej została odebrana.

Może właśnie o to chodzi w takich momentach – nie żeby od razu wszystko rozstrzygnąć, tylko żeby dać sobie przestrzeń na rozmowę, dopowiedzenie i lepsze zrozumienie. Ja po tej sytuacji czuję, że na podobne rozmowy jestem dziś po prostu lepiej przygotowana.

Mogę słuchać. Mogę rozmawiać. Mogę się sobie przyglądać. Ale nie wszystko, co ktoś poczuje obok mnie, jest automatycznie moją winą.